Nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach coraz bardziej popularne stało się uczęszczanie na różnego rodzaju lekcje np. języków obcych, tańca, śpiewu, gry na jakimś instrumencie, jazdy konno itp. Nie wspomnę o tym, że panuje powszechny trend posyłania dzieci na zajęcia, które pozornie mają pomóc w rozpoznaniu i zidentyfikowaniu talentu malucha, a w rzeczywistości pozwalają zrealizować niespełnione marzenia jego rodziców.
Pozwoliłam sobie i ja skorzystać z możliwości kształtowania swojej osobowości poprzez wzbogacenie posiadanych już zdolności m.in. w zakresie dziedzin sportowych, co również wiąże się z korzystnym wpływem na moje samopoczucie i oczywiście poprawą kondycji, która pozostawia wiele do życzenia. Dowiedziałam się, że w pobliskiej szkole organizowane są mecze siatkówki, więc postanowiłam wybrać się na jeden z treningów, co zapoczątkowało moją przygodę z tym sportem. Ku wielkiemu zdziwieniu na zajęcia zgłosiło się kilkoro naprawdę fajnych ludzi, chętnych do stawienia czoła wyzwaniom jakie niewątpliwie niesie ze sobą każdy kolejny set. Trzeba przyznać, że wszyscy uczestniczący w treningach, które niejako stanowią dla nas przyjemną rozrywkę, wydają się być bardzo zaangażowani w grę, wywołującą niesamowite emocje.
Ostatni trening różnił się nieco od poprzednich ze względu na pojawienie się nowej osoby. Był to mężczyzna, który swoją osobą wprowadził drobne zamieszanie w dość uporządkowane już zespoły graczy. Powiedziałbym, że bardzo dysharmonizował grę w grupie, w której akurat się znajdował. Mówiąc szczerze sama miałam okazję przekonać się o tym dlaczego tak się dzieje, ponieważ grałam w tej samej drużynie. Tak jak do tej pory żadna z uczestniczek gry w naszej ekipie nie miała problemu z grą, tak od momentu, gdy dołączył do nas nowy gracz zaczęło wkradać się pewne rozproszenie. Zdarzały się sytuacje, że niektóre osoby myliły się przy przejściach, jakie mają miejsce w siatkówce, obijając się po prostu o pozostałych uczestników gry. Zjawisko to ewidentnie zaintrygowało mnie, zwłaszcza, że ów osobnik nie odznaczał się szczególną urodą by móc tak dekoncentrować płeć przeciwną. Nie upłynęło jednak zbyt dużo czasu, gdy sama doświadczyłam na własnej skórze osobliwości tajemniczego fenomenu. Gdy tylko stanęłam obok nowego gracza poczułam zapach, który pozwolił na chwilę zapomnieć o tym gdzie jestem i co właśnie robię. W jednym momencie zapragnęłam przenieść się do Paryża, którego klimat zawsze mnie magnetyzował i wprowadzał we mnie poczucie elegancji i wyrafinowania. Nagłe szturchnięcie w ramię od jednego z kolegów z drużyny sprawiło, że ocknęłam się szybko, by kontynuować grę. Zrozumiałam wtedy dotychczasowe zachowanie innych kobiet, które reagowały podobnie. Domyślam się, że aromat towarzyszący nam podczas tego treningu pozostawił na długo wrażenie, które niekoniecznie chciałoby się wymazać z pamięci. Po zakończonym meczu nie omieszkałam zapytać nieznajomego o zapach, który stał się sprawcą takiego zamieszanie wśród damskiej części naszej ekipy. Nie mogłam uwierzyć w to, że był to Yves Saint Laurent L Homme, nieznany mi co prawda do tej pory ze swojego oblicza. Oczywiście nic nie stanęło mi na przeszkodzie by niebawem poznać bliżej sekrety urokliwej kompozycji. Już pierwsza nuta będąca mieszanką cytryny, imbiru i ozonu, porusza głębią swojej indywidualności. Później przychodzi zaskoczenie, które rodzi się przez połączenie pieprzu, fiołka i kwiatu bazylii. Dzięki końcowej nucie możemy upajać się wytwornym charakterem zapachu, podkreślonym przez wetiwer, drzewo cedrowe, bób tonka oraz drzewo sandałowe.
Nie wiem jakie konsekwencje wywołał miniony trening w przypadku pozostałych uczestniczek gry, ale wiem za to na pewno jaki prezent podaruję swojemu mężczyźnie przy najbliższej okazji.
Produkt możesz kupić tutaj.



(średnia ocen: 4,60 na 5, ilość ocen: 10)



z doświadczenia muszę powiedzieć, że coś w tym jest. szkoda tylko, że przydarzyć się może i tak, że pod wpływem jakiś urzekających męskich perfum, możemy zapomnieć czasem tak prozaicznych rzeczach jak skasowanie biletu autobusowego; ciężko to potem wyjaśnić kontrolerowi który nie koniecznie musi mieć taki sam sensor zapachowy jak ja