Uwielbiam ten czas, taki przedsionek lata, które za chwilkę rozgości się na dobre w naszym otoczeniu. Dni stały się już na tyle długie, by wystarczyło czasu na relaksujące spacery, podczas których można udać się w krainę odetchnienia. Staram się w tym okresie spędzać wolne chwile na działce, położonej na obrzeżach miasta, co daje mi możliwość delektowania się atmosferą panującą w tak uroczym zakątku. Zawsze gdy tam jestem mam wrażenie, że czas się zatrzymał, a ja znajduję się właśnie w trakcie niekończącego się urlopu. Nie tylko dla mnie jest to przyjemna alternatywa na wypoczynek, ale podejrzewam,że większość osób zamieszkujących ciasne blokowiska z przyjemnością przyłączyłaby się do wspólnego przebywania z dala od ruchu ulicznego, hałasu i pośpiechu. Dzięki takim możliwościom i oczywiście przy sprzyjających warunkach pogodowych mogę codziennie po pracy, a nie tylko w weekend, przenosić się w świat, w którym szybko zapominam o tym co działo się wcześniej.
Nie dalej jak wczoraj miałam okazję spędzić trochę czasu w tym niezwykle urokliwym miejscu. Co prawda większą część pobytu spędziłam na bieganiu za moją dwuletnią córeczką, która postanowiła zatroszczyć się o kondycję mamusi ganiając po całym obszarze ogródków działkowych. W pewnym momencie dotarłyśmy do placu zabaw znajdującego się w samym jego środku, gdzie oczywiście nie można przejść obojętnie obok huśtawki. Niestety moje dziecko potrafi na niej dość długo przesiadywać, więc musiałam przygotować się na to, że przez dłuższą chwilę będę zmuszona do ćwiczeń mięśni rąk – hmmm…nie ma to jak rodzina, zawsze pomyśli o utrzymywaniu dobrej formy. Cieszę się, że moja latorośl bawiła się znakomicie, ale wiązało się to z niemożliwością namówienia jej na zmianę miejsca na zabawę. W końcu jednak doczekałam się momentu, w którym córa postanowiła zejść z huśtawki i skierowała się w stronę karuzeli. Okazało się, że jest więcej chętnych i w mgnieniu oka karuzela wypełniła się gromadką dzieci, które na przemian z jednym z ojców kręciłam dookoła. Kiedy ten nieznajomy mężczyzna przechodził obok mnie poczułam wyjątkowe orzeźwienie. Patrząc na jego uśmiech adresowany do małego chłopca siedzącego na karuzeli, trudno powiedzieć żeby emanował takim chłodem. Jednakże nie da się ukryć, że roztaczał wokół siebie tajemniczą woń, początkowo bardzo owocową za sprawą grejpfruta, cytryny i mandarynki, później nieco ziołową dzięki szałwii i bazylii, a ostatecznie idealnie komponującą się z otoczeniem ze względu na nuty zielone. W związku z tym, że aromat, jakiego używał nieznajomy sąsiad z działek nie dawał mi spokoju, nie upłynęło dużo czasu nim dowiedziałam się, że właśnie miałam okazję poznać Davidoff Cool Water Men Ice Fresh.
Kto by pomyślał, że spędzając popołudnie na łonie natury, gdzie powinnam delektować się zapachem otaczającej mnie przyrody znajdę okazję do tego, by zaznajomić się z nową kompozycją. Uważam, że podczas gorących letnich dni mój mężczyzna powinien nosić taką woń na sobie. Chyba mu tylko nie powiem w jakich okolicznościach poznałam ten aromat, by nie oczywiście wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń.
Produkt możesz kupić tutaj.







